|
Dodał: Grzegorz Świerżewski
|
|
24 kwietnia 2007 |
W ubiegłą niedzielę tj. 22 kwietnia postanowiłem się wybrać na pierwszą w tym roku zasiadkę nad Wisłę wraz z Darkiem Heliosem.
Po wcześniejszym rekonesansie i wywiadzie środowiskowym jaki przeprowadziłem zimą wśród tubylców, miałem wytypowaną okolicę z trzema główkami na których często są widywane i poławiane karpie przez miejscowych wędkarzy.
Po długich oczekiwaniach aby stan wody w Wiśle opadł i się ustabilizował, zapadła decyzja - jedziemy w niedzielę.
Uzbrojeni w karpiówki i podręczny sprzęt karpiowy wyjeżdżamy o ósmej rano z Pruszcza.
Pogoda przepiękna nastraja nas optymistycznie, można by sądzić że to początek czerwca, a nie druga połowa kwietnia.
Po dotarciu na miejsce okazuje się że wytypowane przeze mnie główki są już zajęte przez grunciarzy.
Trudno się mówi kto pierwszy ten lepszy.
Podjeżdżamy do pierwszej z główek i parkujemy auto.
Po chwili podchodzi do nas jeden z wędkujących na najbliższej nam główce wędkarz i ochoczo nam relacjonuje że bierze drobnica, rozgadał się jegomość i po chwili powiedział. "Panie ile ja w tamtym roku tu karpi złowiłem".
Sądząc po jego sprzęcie (dość spory kołowrotek ze sporym zapasem plecionki i ciężka gruntówka) myślę nie przyjechał tu na płotki, dobra nasza.
Przenosimy się z Darkiem powyżej grunciarzy, gdzie rzeka utworzyła spokojne zakole i woda leniwie płynie.
Składam jedną karpiówkę uzbrojoną w ciężarek i systematycznie sonduję dno.
Ciężarek w kształcie kuli potwierdza relacje miejscowych wędkarzy o ciekawym ukształtowaniu dna, na granicy nurtu i spokojnej wody mamy kamieniste dno, głębokość ok. 2-3m. bliżej brzegu dno jest piaszczyste.
Po którymś z kolei rzucie za plecami słyszę potężne chlapnięcie w wodzie!
Odwracam się, na powierzchni wody powstały spore kręgi, za chwilę obserwuję dużą fontannę wody.
W wyobraźni widzę olbrzymiego karpia przerastającego "kroczki" z Rainbow.
Na naszych twarzach zarysował się duży banan rodem z Kostaryki.
Rozkładamy sprzęt, przygotowujemy zanęte, po chwili nasze zestawy lądują w wodzie.
Pozostaje nam tylko siąść wygodnie w fotelikach i otworzyć orzeźwiający napój o zapachu chmielu.
Po około 30 minutach sielanki koło naszych zarzuconych zestawów wynurza się sporej wielkości głowa w pierwszej chwili stwierdziliśmy wydra.
Ale jak na wydrę zwierz ten był mało płochliwy po zanurkowaniu sympatyczna głowa coraz częsciej zaczeła się pojawiać raz z naszej lewej strony to z prawej.
Prędkość z jaką płyneła pod powierzchnią wody przypominała odpaloną torpedę z U96.
Razem z Darkiem zbaranialiśmy głośno myśląc albo wydra uciekła z domu dla obłąkanych albo ???
Po chwili nasze "albo" się wyjaśniło jak "wydra" wyskoczyła wyżej nad wodę.
Przecieramy oczy FOKA !!!
Skąd tu się wzieła foka, całe szczęście że mamy aparat.
Foczka okazała się całkiem przyjaźnie do nas nastawiona reagowała na nasze pogwizdywanie, coraz bliżej do nas podpływając.
Po kilu minutach harcowania w wodzie stwierdziła że może koło nas się poopalać i rozłożyła na najbliższej główce swoje tłuste ciałko.
Tak w naszym towarzystwie przeleżała jakieś 2-3 godzinki.
Po czym pożegnała się z nami elegancko i odpłyneła w górę rzeki.
Do wieczora nasze sygnalizatory nie zrobiły nawet "pik" ale pomimo tego wrażenia mamy nie zapomniane.
Po powrocie do domu i pobierznym przejrzeniu informacji dot. życia fok w Bałtyku dowiedziałem się że czasami pojawiają się w ujściach rzek.
Nasza wędrowniczka widać nie czyta książek i popłyneła w góre rzeki czym sprawiła nam miłą niespodziankę.
Jutro też jadę nad Wisłę może znów coś równie sympatycznego mnie spotka czego i Wam życzę. |